Explain-it

tłumaczenia, lokalizacja, weryfikacja

 
 
 

„JAKOŚ” A JAKOŚĆ W TŁUMACZENIU, CZYLI GDZIE LEŻY ZŁOTY ŚRODEK

Autor : Mateusz Majewski

25

Lipiec

2017

Współczesny klient to wymagający klient. Współczesnemu klientowi usługodawcy oferują dużo, mówią, że będzie tanio, a przy tym dobrze. Współczesny klient nie musi szukać, musi jedynie wybrać, bo usługodawcy sami pukają do wirtualnych drzwi i pytają, czy może klientowi nie przydałaby się dana usługa. W takiej sytuacji współczesny klient musi podjąć decyzję, a nie da się ukryć, że ma w czym przebierać ― nie inaczej jest na rynku tłumaczeniowym. Jednak gdzie w tym wszystkim prawda, a gdzie przechwałki i chwyty marketingowe mające na celu przekonanie do siebie potencjalnego klienta?

 

Osoba poszukująca tłumacza lub, a raczej zwłaszcza, agencji tłumaczeniowej musi uświadomić sobie kilka ważnych spraw, by nie popełnić nierzadko kosztownego błędu polegającego na zleceniu tłumaczenia niewłaściwemu specjaliście. Złe tłumaczenie może porządnie nadszarpnąć twoją kieszeń, jeżeli będzie ono wymagało wielu poprawek, a także zaszkodzić wizerunkowi na przykład twojej firmy. O ile podczas współpracy z konkretnym tłumaczem jesteśmy w stanie z dość dużą pewnością stwierdzić, z kim mamy do czynienia, o tyle w przypadku współpracy z biurami tłumaczeń, zwłaszcza tymi większymi, jest już znacznie trudniej, jeżeli nie wie się, na co należy zwracać uwagę. Najczęściej zastawiane pułapki na niezorientowanych w branży klientów można opisać w następujący sposób:

 

(a) tłumaczymy wszystko i za taką samą stawkę,

(b) żaden tekst nie stanowi dla nas wyzwania,

(c) tłumaczymy wiele stron w niewiele czasu,

(d) wszyscy nasi tłumacze to rzetelni i wiarygodni profesjonaliści,

(e) każde tłumaczenie jest starannie wykonywane i zawsze sprawdzane przez weryfikatora.

 

Zacznijmy od tego, że jeżeli ktoś tłumaczy wszystko, to nie tłumaczy niczego. Tłumaczenie jest skomplikowanym procesem, który oprócz nienagannej znajomości języków źródłowego i docelowego wymaga szerokiej wiedzy specjalistycznej, a jak wiadomo pamięć ludzka ma swoje granice ― nie bez powodu specjaliści mają swoje specjalizacje. Im bardziej niszowa, tym lepiej, bo daje to pewną gwarancję profesjonalizmu i dogłębnej znajomości tematu. Tak samo jest w przypadku tłumaczy i o ile teksty mało specjalistyczne wymagają po prostu więcej czasu, żeby przetłumaczyć je dobrze, to teksty wysoce specjalistyczne powinni tłumaczyć wyłącznie tłumacze specjalizujący się w danej dziedzinie, a najlepiej, jakby byli oni w stanie udowodnić swoje umiejętności i wiedzę zaświadczeniami lub referencjami. Powszechnie wiadomo, że dobrzy specjaliści się cenią, bo wiedzą, że trudno ich zastąpić, gdyż nie każdy jest w stanie zagwarantować przynajmniej dobrą jakość w poszczególnych branżach. Wniosek nasuwa się więc sam: nie należy oczekiwać, że skomplikowany albo wymagający szczególnych umiejętności tekst zostanie dobrze przetłumaczony za małe pieniądze. Warto również pamiętać o marży biur tłumaczeniowych ― tłumacze pracujący dla pośredników siłą rzeczy otrzymują niższe, czasem sporo niższe wynagrodzenie, niż ty jako klient płacisz takiemu biuru. Nigdy nie będziesz wiedział, ile z tego trafia do tłumacza, w związku z czym nie możesz mieć pewności, czy tłumaczenia podjął się bardzo dobry specjalista.

 

Kolejną pułapką są wzmianki o niezłomności i wszechwiedzy. Owszem, praktycznie zawsze prędzej czy później uda nam się znaleźć odpowiedniego fachowca, ale często nie ma na to czasu albo gra toczy się o większą stawkę, a wtedy trudno odmówić. Dotyczy to głównie biur tłumaczeń, które przyjmują każde zlecenie, nie upewniwszy się przedtem, czy współpracują z odpowiednią osobą do danego zlecenia. Efekt może być opłakany. Tłumaczenie wykonuje ten, który z tłumaczy biura w danej chwili jest wolny, bo przecież nie ma czasu na szukanie i testowanie nowych osób. Klient jest tego nieświadomy, bo współpracuje z kierownikiem projektów, inaczej mówiąc dystrybutorem zleceń, a nie z tłumaczem odpowiedzialnym za jego materiał. O wiele lepiej sprawa ma się w przypadku bezpośredniej współpracy z tłumaczem, z którym mamy kontakt i z którym możemy się na bieżąco konsultować.

 

Jeszcze inną sytuacją, w której potencjalnemu klientowi powinna zapalić się czerwona lampka w głowie, to jeżeli czas dla tłumacza lub agencji tłumaczeniowej nie stanowi problemu niezależnie od liczby stron do przetłumaczenia. W ciągu normalnego dnia roboczego liczącego osiem nieprzerwanych godzin da się rzetelnie przetłumaczyć od pięciu do dziesięciu stron niepowtarzającego się tekstu, przy czym mowa tu o tak zwanych stronach rozliczeniowych, gdzie jedna tak strona to 1800 znaków ze spacjami. Nie licząc pojedynczych przypadków uwarunkowanych pewnymi czynnikami czy po prostu pracy po godzinach (choć i ta bywa przecież nieefektywna), każda dodatkowa strona to albo utrata jakości, albo dzielenie się pracą z innym tłumaczem, co z reguły skutkuje rozbieżnością w stylu czy terminologii. Wyjątkiem są bliskie zespoły tłumaczy, którzy długo ze sobą pracują i mają wypracowany wspólny system pracy pozwalający na zatarcie takich rozbieżności.

 

Następna pułapka zastawiana jest tylko przez agencje tłumaczeniowe, które sugerują, że każdy tłumacz, z którym współpracują, to fachowiec i sprawdzony profesjonalista. W rzeczywistości bywa różnie. Dzięki obecnej względnie od niedawna tendencji w kierunku jakości, a nie ilości (którą ja nazywam „jakoś”) biura rzeczywiście starają się sprawdzać tłumaczy, z którymi współpracują – w mniejszym albo większym stopniu – lecz czasem o realizacji zlecenia, decydują cena, czas lub niespotkana przedtem specjalizacja. Wtedy najczęściej trzeba zaryzykować, bo przecież tekst został już przyjęty do tłumaczenia, i zaufać nowemu tłumaczowi. Jeszcze większym problemem może okazać się brak weryfikatora o odpowiednich umiejętnościach i wiedzy, który mógłby sprawdzić tekst przed oddaniem go klientowi. W takiej sytuacji agencja nie ma wyboru, oddaje tekst w takim stanie, w jakim jest, i ma nadzieję, że nikt nie zauważy ewentualnych braków. We współpracy bezpośredniej można tego uniknąć ze względu na mniejszą anonimowość, bo wiemy, kto dla nas tłumaczy, a dany tłumacz najprawdopodobniej nie przyjmie do tłumaczenia tekstu z dziedziny, na której się nie zna.

 

Ostatnią kwestią jest wspomniana już wyżej weryfikacja, którą niespełna wszyscy, jak jeden mąż, gwarantują. Czasami dochodzi do tego jeszcze weryfikacja przez tak zwanego „native’a”. Tutaj należy wspomnieć o dwóch rzeczach. Po pierwsze, nie zawsze taka weryfikacja ma miejsce, najczęściej z powodu braku czasu, niskiego budżetu lub chęci zmniejszenia kosztów przez agencję tłumaczeniową, a po drugie, to, że ktoś jest rodzimym użytkownikiem danego języka nie znaczy, że ma odpowiednią wiedzę i umiejętności na dokonanie weryfikacji tłumaczenia. Powtórzę: w tłumaczeniu sam język to nie wszystko. Jeżeli jednak bardzo zależy ci na weryfikacji przez native’a, musisz najczęściej liczyć się z większym kosztem całkowitym usługi.

 

Oczywiście nie jest tak, że większe agencje tłumaczeniowe to zło wcielone. Mają one swoje zalety, chociażby to, że są w stanie skutecznie koordynować duże i złożone projekty tłumaczeniowe w wielu parach językowych, dzięki czemu klient zleca zadanie tylko raz, ale niewątpliwie to, czy uda ci się trafić na odpowiednich specjalistów, bywa często loterią ― raz trafisz dobrze, raz nie. Choć fakt, że ty jako zleceniodawca nie masz w takim przypadku kontaktu z samym tłumaczem, a jedynie z pośrednikiem, którym jest kierownik projektów, nie oznacza, że jesteś skazany na słabe tłumaczenie. Należy po prostu uważać i mieć na uwadze pułapki, które opisałem w tym artykule. Moim zdaniem, jeżeli masz do wyboru powierzenie materiałów do tłumaczenia bezpośrednio tłumaczowi albo agencji tłumaczeniowej, w pierwszej kolejności napisz do tłumacza.