Explain-it

tłumaczenia, lokalizacja, weryfikacja

 
 
 

MÓJ HEALING JEST SKUTECZNY, CZYLI O WYBORACH TŁUMACZENIOWYCH

Autor : Anna Karpiuk

17

Styczeń

2018

Czytam sobie ostatnio „Wyspę Tokio” Natsuo Kirino w niezłym skądinąd przekładzie Renaty Sowińskiej-Mitsui. I dodaje mi ten przekład inspiracji, impulsu, inwencji do rozważań bardziej ogólnej natury.

 

Czytam sobie bowiem:

 

„byli to freeterzy bez stałego zajęcia”

„łódź ześlizgnęła się w zagłębienie u stóp fali jak jet coaster

„A, chodzi o healing. (…) Podobno mój healing jest skuteczny.”

 

Po co wprowadzać termin freeterzy, oznaczający wiecznych pracowników tymczasowych, osoby bez stałego zajęcia? Po co zostawiać obco brzmiący jet coaster, skoro mamy swojski rollercoaster? Co się stało z polskim słowem uzdrawianie? Kiwam głową ze zrozumieniem, bo kiedyś sama wpadłam w podobną pułapkę.

 

Tytułem wstępu – po japońsku zapożyczenia z języków europejskich zapisuje się odrębnym sylabariuszem zwanym katakana. Wyrazy zapisane katakaną bardzo się wyróżniają w tekście, chociaż często są już słowami mocno zakorzenionymi w języku. Teoretycznie wiadomo, że nie ma sensu ich zostawiać w – anglosaskim na ogół – „oryginale”. Nie będziemy tłumaczyć na polski, że bohaterowie wstali z bed, napili się coffee, założyli buty i coat, po czym wyszli i zamknęli za sobą door (tak, japoński jest bardzo prostym językiem, wszystkie te słowa po kolei to: beddo, koohii, kooto, doa).

 

Więc skąd błędy w „Wyspie Tokio”? Cóż, przy mniej oczywistych słowach… ach, kusi. Kusi, żeby nie myśleć, zostawić, opatrzyć elegancką kursywą!… W końcu… tak było w oryginale.

 

Kończące dyskusję „tak było w oryginale” stoi wysoko w moim rankingu znienawidzonych zdań. Żeby zostawić coś w oryginale, trzeba mieć na to bardzo dobre uzasadnienie. W wyżej wymienionych przypadkach widać wyraźnie, że uzasadnienia brak. Warto jednak rozważyć też przypadki mniej oczywiste.

 

Na przykład etnonimy. Osobiście czuję, że powinnam wytłumaczyć się czytelnikom mangi „Gangsta” z pojawiających się w polskim tłumaczeniu Twilightów, grupy bohaterów, którzy w oryginale występują pod nazwą Tuairaito. Dzisiaj już pewnie bym spolszczyła… Ale kierował mną dość konkretny powód. Nie tylko „w oryginale tak było!”, ale też autorka miała wyraźną chęć pokazać, że akcja mangi dzieje się gdzieś poza Japonią. Bohaterowie mają imiona brzmiące z angielska lub włoska. Nagromadzenie wyrazów i nazw pisanych katakaną wydawało się celowym zabiegiem, więc jakoś wypadało to oddać – na przykład wstawiając coś „egzotycznego” również w przekładzie.

 

Można się oczywiście upierać, że mój wybór był błędny, zaznaczam tylko, że nie był całkowicie bezmyślny. I tu jest pies pogrzebany. Bowiem o ile w „Wyspie Tokio” widziałam błędy tłumaczeniowe, u siebie widziałabym już raczej błędny wybór tłumaczeniowy. A o wyborach tłumaczeniowych można dyskutować.

 

W takich dyskusjach pojawiają się właściwie dwa typy uzasadnień: albo, że dany wybór służy określonemu celowi (jak ja powyżej), albo że „tak brzmi lepiej”. Ten drugi typ chyba każdą osobę pracującą z tekstem czasem doprowadza do rozpaczy, bo choć jest całkowicie subiektywny, to jednak nie sposób go zignorować. Co więcej, odbiorca często jest skłonny odsądzić tłumacza od czci i wiary tylko na podstawie tego jednego, subiektywnego argumentu. Weźmy słynny przypadek „Rogue 1” i „Łotr 1”. Poprawnie jest? Poprawnie. Błędu nie stwierdzono. Ale dla wielu „brzmi śmiesznie”, więc tłumaczenie jest złe. I bądź tu mądra…

 

Właściwie czasami dopiero po reakcji odbiorców widać, czy coś było błędnym wyborem, czy jednak nie. A to oznacza, że nigdy nie widać – reakcja odbiorców jest bowiem dla tłumacza zjawiskiem bardzo trudnym do zmierzenia. Na ogół da się jedynie zapoznać ze zdaniem przypadkowej grupy najgłośniejszych odbiorców, którzy np. wypowiadają się w internecie, a reprezentatywność tej grupy dla ogółu odbiorców pozostaje niezgłębioną tajemnicą.

 

Dlatego też o ile liczbę błędów tłumaczeniowych można zredukować niemal do zera, „błędnych” wyborów tłumaczeniowych nie da się ustrzec, bo co dla jednej osoby będzie decyzją trafną, dla drugiej okaże się błędną. Najważniejsze, żeby nie wrzucać wszystkich „błędów” do jednego worka – i umieć oddzielić sprawy bezsporne od takich, które zasługują na dyskusję.